POPRZEDNIE LISTY :        /- Boże Narodzenie 2002 -/     /- Wielkanoc 2003 -/

Wiadomości z ostatniej chwili
 -  LISTY - POZDROWIENIA - ŻYCZENIA -

Boże Narodzenie 2003

Moi Drodzy!

    Witam Was wszystkich serdecznie na początku mojego przydługawego nieco listu, ale ponieważ nie ma zbyt wielu okazji do ich wysłania, tak więc chciałbym solidnie wykorzystać każdą taką okazję, by podzielić się z Wami cząstką mojego życia i codziennej apostolskiej posługi.
Gdy popatrzę na kalendarz, to aż uwierzyć się nie chce, że to dwa miesiące minęły dopiero od mojego wyjazdu z kraju, a tyle rzeczy zdążyło się wydarzyć w czasie tego krótkiego pobytu. Po przylocie do Afryki spędziłem jeszcze dwa tygodnie w stolicy - Bangui, ze względu na bardzo obfite deszcze, które uniemożliwiały jakąkolwiek podróż. Niemniej jednak dzień narodzin Matki Bożej – 8 września – wyznaczyliśmy sobie jako ostateczny termin odwrotu. Wieczorem, po świątecznej i pożegnalnej zarazem kolacji z naszymi przyjaciółmi – misjonarzami, zapakowaliśmy bagaże na samochód, który usiadł na „czterech kołach”, jak przysłowiowy juczny osioł: dlatego też niestety musieliśmy zrezygnować z zabrania części zakupów. Nazajutrz, jeszcze przed świtem po wspólnej modlitwie i skromnym śniadaniu, odpaliliśmy – choć z pewnym wysiłkiem - naszą starą Toyotę, wobec czego nasi koledzy mieli okazję do skutecznego przebudzenia popychając tę dwutonową „limuzynę” z prawie toną towaru na dokładkę. Niestety nie mamy innego wyjścia, jak zaopatrzyć się tutaj, w stolicy, we wszystko, co może być potrzebne do remontu, czy utrzymania misji: począwszy od rur, kranów i umywalek, przez tysiąclitrowy zbiornik na wodę, po mąkę, cukier, drożdże i sól, a skończywszy na paliwie.

                Po radosnym przejechaniu pierwszych kilometrów po drodze, która niegdyś nosiła znamiona asfaltu, rozpoczęło się „wesołe safari”. Nie było by tak źle, gdyby nie fakt, że znowu zaczął padać deszcz. Natomiast na wszystkich drogach w naszym kraju (podobnie jak w innych afrykańskich państwach) w porze deszczowej mniej więcej co 20 km znajduje się poważna instytucja – bariera deszczowa. Pokusiliśmy się nawet o ich policzenie: do naszej misji minęliśmy 42 takie bariery. Wbrew wszelkim oczekiwaniom nie mają one na celu zatrzymania niepożądanego deszczu, lecz – co jest o wiele prostsze – unieruchomienie na drodze wszystkich pojazdów mających zuchwałość poruszania się po afrykańskich „autostradach” w tej „jesiennej” nieco aurze. Dla samochodów ciężarowych czas oczekiwania wynosi 6 godzin od spadnięcia ostatniej kropli deszczu, pod warunkiem, że w międzyczasie deszcz nie zacznie padać na nowo. Jeśli zaś wieczorem popadało nieco, to odliczanie sześciu godzin zaczyna się na nowo od godz. 6oo rano. W ten niezaprzeczalnie atrakcyjny sposób można, przy odrobinie „szczęścia”, spędzić do tygodnia czasu nie ruszając się ani na krok z miejsca. Dodam, że w ciągu tych 2 ostatnich miesięcy żadna z ciężarówek nie dotarła w nasze strony z czasem lepszym niż trzy tygodnie. A każda z nich poza 20 do 30 tonami towaru, przewozi na szczycie tyleż samo – 20 do 30 – pasażerów. Natomiast samochodom osobowym jest nieco łatwiej, gdyż dla ich właścicieli oczekiwanie wynosi jedynie 3 godziny, a przy sprzyjających okolicznościach – posiadając specjalną przepustkę, której szczęśliwymi posiadaczami i my jesteśmy - można ten czas skrócić do 1 godziny. Nie można jednak zbyt się oburzać na taki stan rzeczy, gdyż rozmoknięte laterytowe drogi poddają się jak miękka glina kołom samochodu, co powoduje natychmiastowe powstawanie olbrzymich kolein, wobec których te - z zimy stulecia w Polsce - są jedynie dziecinną igraszką! Na dodatek nie można tutaj liczyć na żaden spychacz, czy pług ani nazajutrz, ani za miesiąc, czy nawet za rok. Nawet olbrzymie – 30 tonowe – ciężarówki zawieszają się i utykają w tych lejach głębokich prawie na metr. Czasem któraś z ciężarówek uwięzionych w ten sposób zablokuje drogę nawet na kilka dni, i niestety, często nie pozostaje nic innego jak tylko cierpliwie czekać, aż uda się ją szczęśliwie odkopać i wydobyć, a w ten sposób odblokować drogę.

                Ale tak naprawdę te przeszkody wywołały jedynie opóźnienie w naszym nieświadomym do końca – jak się później okazało – pielgrzymowaniu do naszej Parafii oddalonej przecież tylko 800 km od stolicy. Prawdziwe kłopoty zaczęły się dopiero później, chociaż tak naprawdę nie wydaje mi się wcale konieczne opisywać ich w szczegółach. Później wspólnie z ks. Sławkiem stwierdziliśmy, że Pan jest naprawdę wielki i miłosierny, a jeśli to wszystko nas spotkało, to tylko po to, by uświadomić to nam samym, bo chyba często o tym zapominamy, oraz aby umocnić naszą wiarę w Jego nieustanną obecność i nieskończoną dobroć!!! Morał z tej historii dla nas jest taki, że tylko błogosławiona nieświadomość mogła nas skłonić do takiej wędrówki, a roztropność i bohaterstwo nie mają z tym nic wspólnego i z pewnością ostatnia to była podróż w porze deszczowej w naszym wykonaniu, a dla mistrza Camel Traffy i każdego innego śmiałka, który dokonałby tego przejazdu, gwarantujemy w nagrodę bezpłatne wczasy w naszej misji.

Moi Drodzy, mówi się, że „wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”. I ja też potwierdzam to w zupełności: na reszcie jesteśmy u siebie, na naszej misji. Można więc będzie zacząć normalne życie, rozpocząć na nowo pracę, której w ciągu tych wakacji nagromadziło się trochę. Po powrocie do Ouango zaraz w piątek z rana wysłałem listy do pierwszych kaplic z wiadomością, że już wróciłem i nazajutrz, w sobotę i w niedzielę, przybędę do nich, by wspólnie celebrować Eucharystię. I tak powoli w ciągu pierwszego miesiąca odwiedziłem wszystkie moje dziesięć kaplic, posłuchałem o tym, co dobrego i złego wydarzyło się w międzyczasie; zobaczyłem w jednej z wiosek, że mury kaplicy, którą budujemy urosły nieco, a w innej – jedna ze ścian całkowicie runęła, i choć trwają już przygotowania do budowy nowej kaplicy, to jednak nie wiem, czy stara kaplica wytrzyma jeszcze tyle. Jak zawsze w życiu, w rodzinie czy w parafii: trochę radości i nadziei, ale też dla równowagi ducha i trosk nieco. Wszystko to pomaga mi jednak uświadomić sobie, co w tym wszystkim jest ważne, co ważniejsze, i w końcu: co najważniejsze, dlaczego wybrałem tę misyjną posługę. Uczy mnie to właściwego wartościowania ludzi, rzeczy, postaw i wszystkich działań. Bo przecież samo działanie, choćby było niesamowicie dynamiczne i pożyteczne, nie ma żadnego sensu, jeśli nie prowadzi do wcześniej wyznaczonego i ważnego dla nas celu. A tym celem i motywacją naszego działania nigdy nie może być rzecz, choćby ważna, jak choćby budowa bardzo potrzebnej kaplicy. Ten Kościół, który jest najważniejszy, to nie ten z cegieł, ale ten z żywych serc zjednoczonych wokół Jezusa. Podobnie jak zresztą i w rodzinie: budowa pięknego domu dla rodziny, nie może być celem w sobie, jeśli odbywa się kosztem wychowania dzieci, jeśli nie służy budowaniu tego żywego domu, którym jest ognisko rodzinne, wspólnota serc, domowy Kościół. A tak często my księża czy rodzice o tym zapominamy.

                Dwa tygodnie temu rozpocząłem wizytację duszpasterską moich kaplic w nieco poszerzonych ramach. Przebywając jedynie jeden dzień w kaplicy, jak to zwykle bywa, nie mam możliwości, by poznać wszystkie jej radości i kłopoty, problemy, o których nie mówi się głośno, a jedynie szepce od ucha do ucha. Potrzeba do tego odrobiny czasu, spokojnej pogawędki przy ognisku, przy wspólnym posiłku, bo jest to czas wzajemnego dawania sobie kredytu zaufania. Dlatego też w każdej ze wspólnot spędzam trzy dni. Wyruszam zazwyczaj w piątek o świcie. Teraz idzie już o wiele łatwiej, bo dzięki pomocy tych wszystkich parafii i przyjaciół, pomimo kłopotów mogę już pozwolić sobie na paliwo i tym razem już samochodem pokonywać nasze bezdroża, natomiast mój utrudzony rower przekazałem na ręce naszego kucharza, który stał się jednym z nielicznych w okolicy posiadaczy takiego środka transportu. Tak więc, po przyjeździe do kaplicy spowiedź (1-2 godziny), o 830 – Msza Święta, o 1000 – pierwsze spotkanie, potem o 1130 – następne. Około godz. 1300wspólny posiłek, po czym o 1400 – pierwsze popołudniowe spotkanie, a o 1500 – adoracja Najświętszego Sakramentu w piątek, a w sobotę uroczysta Procesja Różańcowa. Po nabożeństwie o godz. 1630 – ostatnie „spotkanie robocze” w ciągu dnia. Około godziny 1800 jemy z katechistami i Radą Kaplicy wspólną wieczerzę, i prowadzimy zacięte dysputy na tematy teologiczne, rolnicze i kulturowe:, czyli „dwa w jednym” – warto posłuchać. Kiedy już wszyscy wracają do domu, ja wybieram się „w rejs” odwiedzić ludzi, którzy właśnie o tej porze przygotowują wspólną kolację, zebrani wokół ogniska przy domu. To taki szczególny czas, kiedy rodzina we własnym gronie dzieli się wrażeniami minionego dnia, dzieci bawią się, żartują, albo słuchają barwnych opowiadań swoich rodziców. Po 2000 wracam do domu, by przy świetle zwykłej latarki przygotować się do następnego dnia, bo nazajutrz już przed 600 rano wierni przychodzą do spowiedzi, która trwa do godz. 830.

Natomiast spotkania, o których tutaj pisałem dotyczą różnych „bungbi”, czyli stowarzyszeń, jakie działają w ramach kaplicy, i czasem można odnieść wrażenie, że działają bardziej dynamicznie niż u nas, w Polsce. W większości kaplic działa więc Chór (obowiązkowo!), Legion Maryi, Odnowa w Duchu Świętym, Grupa Lektorów, Ministranci, Stowarzyszenie św. Wincentego Palotti, św. Rity, Caritas, no i oczywiście Rada Kaplicy z jej prezydentem na czele, która koordynuje wszystkie inne działania.

                Niedzielny poranek, to czas ostatnich spowiedzi i przygotowań do uroczystej Eucharystii. Po krótkim podsumowaniu spostrzeżeń z wizyty pasterskiej, następuje jedno z najbardziej doniosłych wydarzeń w życiu kaplicy i całej wioski, a mianowicie przekazanie na ręce katechisty przywiezionej przeze mnie z Polski piłki nożnej. Okrzyki radości trwają jeszcze długo po moim odjeździe. Oczywiście w czasie tej wizyty przewidziany jest specjalny czas na odwiedziny osób chorych i starszych w ich domach. Są to często ludzie, którzy nie widzieli już księdza od wielu lat, nie korzystali ze Sakramentu Pokuty i nie mogli przyjąć Komunii św. ponieważ są albo sparaliżowani, albo na tyle słabi, że o własnych siłach nie są w stanie ruszyć się z domu. Ich odwiedzam w niedzielę po Mszy św.. Niedzielny wieczór zazwyczaj spędzam już na misji wraz z ks. Sławkiem, przy wspólnej kolacji, a potem z prawdziwą radością udaje się w „objęcia Morfeusza” we własnym, tym razem, już łóżku.

Pomiędzy zwyczajnymi wyjazdami do kaplic, prowadzimy oczywiście stałą formację katechistów, którzy w życiu duchowym każdej kaplicy pełnią ogromnie ważną funkcję. W tym tygodniu ze względu na Uroczystość Wszystkich Świętych wybieram się wcześniej do kolejnych dwóch kaplic: od czwartku (30 X) do 1 XI, a potem od niedzieli, 2 XI do wtorku. Jeszcze tego samego dnia wieczorem wyjeżdżamy z ks. Sławkiem i kilkoma katechistami na Diecezjalne Spotkanie Duszpasterskie w Bangassou, które zakończy się w niedzielę. Jego ukoronowaniem będą święcenia dwóch miejscowych kapłanów oraz dwóch diakonów, co w naszej diecezji jest naprawdę czymś wyjątkowym. Dlaczego? Dla porównania podam, że na terenie naszej diecezji równej obszarowo połowie Polski, a długiej na 950 km znajduje się 11 parafii, w których pracuje 8 miejscowych kapłanów oraz 14 misjonarzy. W naszych polskich warunkach mamy więc na tym samym obszarze o wiele więcej biskupów, aniżeli tu, w naszym kraju, wszystkich kapłanów. Każda tutejsza parafia jest obszarowo porównywalna ze zwykłą polską diecezją, a liczy od 15 do 40 kaplic rozrzuconych od siebie nie koniecznie wzdłuż autostrady. Dlatego też praca kapłana - misjonarza jest tutaj niemałym wyzwaniem, nie tylko duszpasterskim i kulturowym, ale wymaga także ogromnego wysiłku fizycznego. Mój sektor, za który jestem odpowiedzialny liczy 10 kaplic skupiających mieszkańców  ponad 50 wiosek zamieszkiwanych przez około 25.000 osób, wśród których znajduje się mniej-więcej 3.000 katolików, którymi – pomimo wszystkich moich niedoskonałości - staram się opiekować najlepiej, jak potrafię. Niemniej jednak kapłańskie serce znajduję w tym wszystkim wiele radości, a świadomość tego, że ktoś bliski w kraju pamięta o nas w swojej codziennej modlitwie dodaje odwagi i pokrzepia ducha.

    Kochani! Zbliża się okres Bożego Narodzenia, więc i czas kolejnej serii wyjazdów. Po zakończeniu w 3 niedzielę adwentu moich trzydniowych wizytacji duszpasterskich, zaplanowałem jeden tydzień wakacji, po czym w przeddzień Wigilii wyruszam dalej w  drogę, by zdążyć ze świętowaniem Bożego Narodzenia we wszystkich moich wspólnotach do 6 stycznia, ponieważ już nazajutrz rozpoczynamy w naszej Parafii serię trzydniowych formacji: najpierw dla wszystkich naszych katechistów, później dla rad duszpasterskich ze wszystkich kaplic, a następnie dla osób, które żyjąc w związkach niesakramentalnych, pragną przygotować się do zawarcia sakramentu małżeństwa – i tych osób będzie najwięcej. Na zakończenie tego cyklu formacji – rekolekcje dla Grup Odnowy w Duchu Świętym z naszej parafii. Tak więc, moi Drodzy, przedstawia się mój harmonogram pracy na okres Bożego Narodzenia.

Wśród tych wszystkich zajęć moje myśli, jak zawsze, będą ulatywać w stronę kraju, by przypomnieć sobie zapach polskiej Wigilii, zanucić z bliskimi: „Bóg się rodzi...”, połamać się opłatkiem, sięgnąć po prezenty spod choinki, uklęknąć przy żłóbku... Te wszystkie „małe szczęścia”, tak mało zauważalne w Ojczyźnie, wśród rodziny i bliskich, odżywają z mocą wprost proporcjonalną do odległości od domu i przyjaciół, a tutaj, w dalekiej Afryce, odczuwane są szczególnie mocno.

Moi Drodzy! Niechaj więc Narodzenie Jezusa dla Was będzie doświadczeniem Rzeczywistości, której dotykamy; niech będzie przeżyciem Obecności Jezusa, który pragnie wejść w nasze Osobiste życie jako Przyjaciel, jako Osoba Kochająca nas; nie jako jakiś fakt historyczny, lecz Prawda, która pozwala nam odnaleźć Pokój i Sens każdego dnia, Radość odkrywania Jego Dobroci okazywanej nam na co dzień, odnajdywania Jego Obecności pośród naszych codziennych zajęć, trosk, pośpiechów, zasmuceń i zachwytów. Niech Dar Jego niepojętej Miłości będzie dla nas źródłem i motywem okazywania naszych codziennych gestów życzliwości „pomimo” – w naszej Rodzinie, wśród Przyjaciół i Nieprzyjaciół, wobec tych, których Kochamy i tych, którzy Pragną Być przez nas Kochani. On, który przyjął naszą ludzką Małość i Słabość, niech będzie Waszą Mocą i Pokrzepieniem, niech będzie Nadzieją odnajdywaną każdego ranka po przebudzeniu, Zaufaniem Bezgranicznym w niepowodzeniach, Modlitwą Serca zanoszoną z dziecięcą Wiarą, że będzie Wysłuchana i nie wróci bez Odpowiedzi. Moi Kochani, spełnienia tych Pragnień, bliskich każdemu z nas, życzę Wam na ten Święty i Radosny czas Bożego Narodzenia, a także na każdy następny dzień Waszego codziennego życia.

ksiądz Piotr

PS. Serdecznie zapraszam do odpisania kilku słów, bo każde dobre słowo pokrzepia człowiecze serce.
Adres znajdziesz na stronie "Patronat duchowy".


POPRZEDNIE LISTY :    /- Boże Narodzenie 2002 -/     /- Wielkanoc 2003 -/