Ouango, Boże Narodzenie 2002

 

Moi drodzy .

 Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. W taki piękny czas, aż serce się uśmiecha na myśl o niezapomnianych chwilach spędzanych przy wigilijnym stole, na Pasterce  o północy, gdy z pełnej piersi śpiewaliśmy wspólnie „Bóg się rodzi”. 

Teraz też przygotowujemy się jak najlepiej na ten święty czas. Wczoraj wróciłem z ostatniej wioski, do której miałem dotrzeć w moim sektorze, a jest ich dziesięć. To prawda, wobec obecnej wojny w kraju, która trwa już od trzech miesięcy i wcale się nie ma ku końcowi nie narzekamy na nadmiar ropy do samochodu, a jeszcze nie dorobiliśmy się roweru. Dlatego też, trzeba było wcześnie dosyć - bo o trzeciej nad ranem - wyruszyć w trzydziestokilometrową pieszą wędrówkę, tak by zdążyć na godzinę ósmą rano na mszę świętą do kaplicy w Bobo. W nocy, gdy nie świeci księżyc, jest  tutaj w Afryce naprawdę ciemno, dlatego podróż była czarująca. Oczywiście po szczęśliwym dotarciu na miejsce i małym afrykańskim jednogodzinnym opóźnieniu, celebrowaliśmy piękną Eucharystię, na czele z  tancerkami, pięknym chórem i setką wiernych. Jest to naprawdę wiele, bo w trzech wioskach, które modlą się w tej kaplicy jest w sumie stu dwudziestu chrześcijan.  Po radosnej i tanecznej modlitwie wszystkich wiernych tradycyjnie przy boku katechisty i rady parafialnej zjedliśmy obiad tzn. kurę gotowaną z sosem i gozo, które przyrządza się podobnie jak puree a smakuje trochę jak ubita ośródka z chleba lub ciasto pierogowe tylko pachnie zupełnie inaczej. Niestety.

Jeśli chodzi zaś o powrót, to miałem dużo szczęścia , bo katechista z sąsiedniej wioski pożyczył mi rower wraz z szoferem, którego szczęśliwie dowiozłem na bagażniku do samego Ouango i dziękując panu Bogu (którego wiozłem w plecaku na ramionach), który zaopiekował się nami, pomimo kiepskich warunków nawierzchniowych, kilkunastu wzniesień i braku hamulców. Dzisiaj sobie odpoczywam klejąc pierogi z bananami i ucząc mojego naprawdę zdolnego kucharza Kojasa  (tj. imię) ich fabrykowania.

 Dokładnie tydzień temu -  wspominam sobie – wróciłem właśnie z małego tournee – objazdu po wioskach wzdłuż rzeki. Do pewnego miejsca można dojechać , ale potem trzeba przesiąść się na pirogę i wiosłować przez 8 godzin pod prąd. Jest to trochę męczące,  więc w większości powierzałem tę funkcję moim czarnym braciom – fiakrom.

 Gdy się jest w Europie można tylko sobie pomarzyć o takiej pięknej wycieczce, w pełnym pięknym słońcu wśród afrykańskich palm  po rzece o szerokości pięciuset metrów. Przy niej, nasza Wisła, to po prostu mały wąski strumyczek. Po dopłynięciu do wioski chwila odpoczynku,  rozmowy, uśmiechu, a potem spowiedź i msza święta -  pięknie przygotowana przez katechistę,  z chórem i tancerkami. Chociaż niestety były i takie wspólnoty, gdzie ksiądz dawno już nie był i Chrześcijanie zaczęli się wykruszać, a kaplica  zjadana jest przez termity.  Trzeba więc będzie powoli zacząć,  nie tylko odbudowywać kościół – kaplicę,  ale i wspólnotę. I tak powoli z wioski do wioski,  trochę pirogą, trochę na piechotę odwiedzałem w ciągu tygodnia moich wiernych w kolejnych 6 wioskach.

Wszędzie spotyka nas naprawdę ogólna życzliwość i serdeczność ze strony wiernych,  ale także innych ludzi – niewierzących -  którzy wychodzą się przywitać i porozmawiać. Oczywiście,  jednak rozmowa przebiega nie w języku francuskim , ale w Sango,  oficjalnym języku tego kraju, choć praktycznie wszyscy posługują się tutaj językiem Yakoma.  Ale pomimo wszystko, można sobie całkiem nieźle porozmawiać. Bo tak  naprawdę jednak,  najważniejszym językiem jest język miłości.

Moi drodzy.
Taka bowiem jest nasza codzienna rzeczywistość – jutro czeka mnie pieczenie chleba naszego powszedniego, którego nam,  jak do tej pory nie brakuje. Pewno za dwa tygodnie będę także próbował piec opłatki na wigilijny stół,  na którym będzie barszczyk z uszkami, ryba,  łazanki a może jeszcze jakieś inne polskie tradycyjne przysmaki, które uda się nam  przyrządzić z afrykańskich owoców i warzyw. Ale przede wszystkim nie braknie gorącej modlitwy i pamięci o Was,  którzy jesteście bardzo blisko w naszych sercach, dokładnie odwrotnie do odległości która nas dzieli. Co więcej, ogólnie każdego dnia znajduję czas wieczorną porą, by łączyć się z Wami na modlitwie i by wspominać wspólnie spędzone chwile.  To najpiękniejszy bagaż jaki zabrałem ze sobą w sercu tutaj.

         Niechaj więc moi Kochani, w ten czas Bożego Narodzenia  maleńki Jezus – narodzeniem swoim - umocni Waszą wiarę , która jest cenniejszym skarbem niż sobie uświadamiamy, rozbudzi nadzieję,  która drzemie w sercu każdego z nas, choć czasem   jest uśpiona i przyciemniona zmęczeniem i zobojętnieniem i niechaj rozpali w Waszych sercach gorącą miłość do Boga i drugiego człowieka, w którym obecny  jest sam Jezus. Bo kiedy nie możemy czynić wielkich rzeczy, to trzeba nam czynić  rzeczy małe, ale z wielką miłością.

 Jeszcze raz pozdrawiam Was serdecznie z mojej gorącej Afryki i przy wtórze  tamtamów dołączam się do wspólnego śpiewu naszych pięknych polskich kolęd.